28 marca 2014

Rozdział 9

Chyba powinien wiedzieć że będzie ich dwoje.
- Niall. Louis chce zabrać z więzienia jakąś dziewczynę.
- Co on znów wymyśla?
- Nie wiem, ale się uparł. Musimy ją zabrać.
- Boże...Dobra.
- Niall skoro on chce ją zabrać musi być w niej coś niesamowitego.
- On to ma humory inne co pięć minut.
- Co tam piszesz? - chwila ciszy i musiał się odezwać.
- Próbuję wyciągnąć Louisa z więzienia więc jak możesz to mi nie przeszkadzaj. - znowu cisza.

- Czym dokładnie ? - aż podskoczyłem jak zapytał. 
- Tym swoim gadaniem !
- Summer, zrób mu melissy.
- Zostaw ją w spokoju Horan. Wystarczająco nerwowa jest po aresztowaniu Louis'a i jego rozstaniu z Eleanor..
- Ty też taki nerwowy jak cholera.
- Bo mam wyrzuty sumienia.
- No wiem.
- Gówno wiesz.
- Trzeba było uważać.
- O proszę jaki sprytny. Chodź tu lepiej i mi pomóż.

*** Oczami Mercedes ***

Od czasu kiedy ktoś odwiedził Louisa w więzieniu, cały czas chodzi nabuzowany. Jest dziwnie ostrożny, spokojny. Nawet nie muszę kłócić się z nim o jedzenie.. 
Wszystko zjadał. Nie dyskutował. Szedł na każdy kompromis. Przyglądałam mu się uważnie siedząc na łóżku.
 - Co kochanie?
- Zgubiłam kogoś.
- Kogo? Co?
- Nazywa się Louis Tomlinson. Podmienili mi go na jakiegoś grzecznego chłopca, któremu nie chcę się ze mną kłócić i, który robi wszystko co mu się powie.
- Po prostu myślę o czymś innym.
- A o czym ? 
- O ucieczce.
- A co myślisz ? 
- Harry dał mi plan.
- Czemu nic mi nie powiedziałeś ?
- Niespodzianka.
- Och daj spokój. - wywróciłam oczami.
- Naprawdę.
- Louis ! - ścisnęłam jego dłoń.
- Będzie dobrze - uśmiechnął się.
- Skąd wiesz ?
- Wiem i jestem pewny. - Bawiłam się naszymi palcami unikając jego wzroku.
- Zamieszkasz ze mną - szepnął. - Będzie dobrze.
- Znajdą nas.. Wiem, że nas znajdą.. 
- Nie znajdą.
- Obiecasz mi, że będę bezpieczna ?
- Obiecuję.- Usiadł na przeciwko mnie i wziął mnie za ręce. Uśmiechnął się do mnie jeszcze raz. W ogóle jakiś radosny był. Może coś ćpał chociaż to niemożliwe.




**** Oczami Mercedes *** 

Jak ja mam nie być szczęśliwa? Niedługo wyjdę i to z Louisem. Chciałbym go teraz pocałować, ale przez kraty ? Ech.. Już niedługo. Pogłaskał mój policzek. Przejechał palcami po mojej wardze. Wbijał we mnie tak intensywne spojrzenie, że sądziłam, że wypali kraty.
- Gorąco się robi..  - Uśmiechnęłam się i oparłam czołem o kraty. Cmoknął mnie w usta. Jak zwykle smakowały idealnie.
- Kocham Cie.. - otworzyłam szeroko usta ze zdziwienia. Nie wierzyłam, że to powiedział. Patrzyłam na niego.
-  J-ja.. Ja Ciebie też..
- Nie musisz tego mówić, jeśli nie jesteś pewna.
- Jestem po prostu zaskoczona..
- Domyślam się.
- Ale ty tak na serio ?
- Tak na serio. Inaczej nie umiem. - Uśmiechnęłam się szeroko wpatrując się w niego jak w obrazek święty.
- A prawie cię nie znam.
- Więc czemu mnie kochasz?
- Kocha się za nic. Nie istnieje żaden powód do miłości.
- Jesteś taki kochany..
- Nie prawda.
- Prawda. 
- Nie !
- Ej, gdzie mój grzeczny Louis ? 
- Wyszedł. 
- A kiedy wróci ? - droczyłam się z nim. 
- A tego to ja nie wiem.
- Fajny był z niego kumpel. - złapałam go za policzki, przyciągnęłam do krat i pocałowałam słodko. Zaśmiał się oddając pocałunek. 

*** Oczami Louisa ***

Mercedes robiła wszystko, żeby odwrócić moją uwagę od ucieczki.  
Tylko musiałem się na tym skupić.
- Ja chyba pójdę spać.
- Nie wygłupiaj się. Zaraz kolacja !
- Zmęczony jestem. 
- A ja głodna. 
- Więc idź. 
- Sama ? Okej. - wyszła z celi obrzucając mnie po drodze pogardliwym spojrzeniem. Boże. Zwariować z kobietami. Leżałem spokojnie i myślałem o tym co powiedział mi Harry, ale jakiś czas później znowu przerwały mi jakieś głosy dochodzące z celi obok. Odwróciłem.głowę w tamtą stronę. Zobaczyłem Mercy i jedną z pielęgniarek. Przykładała mojej piękności lód do twarzy. 
- Kochanie co się stało? - raptownie się podniosłem. Nawet się nie odwróciła w moją stronę. Na szczęście wpuścili mnie do niej. Złapałem ją za ręce. - Co ci się stało? - Na jej uniformie była krew. W końcu podniosła głowę.
- Pobili mnie. - pod okiem miała siniaka, a z wargi nadal leciała krew.
 - Kto cię pobił? Powiedz mi wszystko. - byłem wkurwiony. Zabiję.

24 marca 2014

Rozdział 8

- Przepraszam.. Nie powinnam.. - odsunęła się ode mnie i prawie pobiegła w stronę celi. 
- No i już poleciała - pokręciłem głową. Z uśmiechem poszedłem za nią do swojej celi. Siedziała w kącie malutkiego pomieszczenia ukryta pod kocem.
 - Chodź - wziąłem ją na ręce i posadziłem na łóżku.
- Przepraszam..- unikała mojego wzroku jak tylko mogła
- Przestań. Mała nie masz za co.
- Nie powinnam tego robić. Przecież ty nic do mnie nie czujesz.
- Zależy mi na tobie.
- Naprawdę ? 
- Naprawdę. Nie jestem na ciebie zły. - uśmiechnęła się do mnie. 
- Śliczna śliczny masz ten uśmiech.
- Chciałabym częściej widywać Twój.. - Pocałowałem ją w czoło i położyłem. Przykryłem kocami i niestety kazali mi wrócić do celi. Położyłem się na swoim łóżku i patrzyłem na nią. Taki mały aniołek. 

~Kilka dni później~

Mam widzenie. Trochę głupio czuję się z tym, że ja idę tam, a Mercy zostaje sama w celi. Nikt do niej nie przyszedł. Wiedziałem, że jest jej przykro, ale nie dała nic po sobie poznać. 
- Zaraz wrócę. Idę nas wyciągnąć. - pocałowałem jej rękę i poszedłem na widzenie. Do jej celi weszły dwie strażniczki niosąc jakąś wielką paczkę. Nie miałem czasu patrzeć co tam jest bo musiałem iść na dół.  Wszedłem do specjalnego pomieszczenia.
 - Rączki - strzepnąłem łapy strażnika i usiadłem na krześle.
- Louis.
 - Hazzuś kochanie - oparłem ręce o stół.
- Nieźle wyglądasz. Do twarzy Ci w pomarańczowym - zakpił.
- Ani słowa.
- Podkreśla Twoją dupę.
- Nie będziemy tu o mojej dupie rozmawiać. Wiem że ci się podoba. - prychnął pod nosem i wstał. Lubię to, że podczas widzeń mamy prywatność. Bynajmniej ja. Przychylność pani dyrektor. 
- Plan jest prosty. Za tydzień, punktualnie o 12 w powietrze wyleci miejsce zwane kuchnią. Bomba jest cicha dlatego istnieje możliwość, że strażnicy się nie zorientują. Musisz szybko przemknąć tak, żeby Cie nie zauważyli, a my będziemy czekali. Proste ?
 - Jak drut. - wybuchnąłem śmiechem. - Sam to wymyśliłeś ? .
- Nie.. A no i zapomniałbym. Nie wyciągaj stąd nikogo. Zrób to sam Louis. 
- Niestety tak się nie da.
- Co ? 
- Muszę zabrać dziewczynę.
- Pojebało Cie ? Louis nie ryzykuj wszystkiego dla jakiejś dziuni ! - Złapałem go za koszulę. 
- Żebym ja się nie zaczął wypowiadać.
- Louis to się nie uda.
- Uda.
- A jak wpadniesz ?
- Nie wpadnę.
- Widziałem się z Eleanor. 
- Zajebiście nie interesuje mnie to.
- Powiedziała, że na Ciebie czeka.
- Pierdole czy czeka czy nie rozumieeeesz? Świetnie. Teraz idę do Mercedes. Dzięki za plan.
- Czekaj. Kto to Mercedes ? 
- No właśnie ta dziewczyna.
- Jesteś tu przeze mnie dlatego zrobię wszystko, żeby Ci.. to znaczy Wam pomóc. - Poklepałem go po plecach i już miałem wyjść gdy się zatrzymałem. Spojrzałem przez ramię na niego.
- Ale powiedz że to nie Summer podłoży bombę. Błagam powiedz mi to.
- Dlaczego ?
- Wolałbym żeby zrobił to chłopak.
- Summer nie bierze w tym udziału. Ma inne zadanie
- Świetnie. Pozdrów ją.
- Dzięki Louis. Trzymaj się. 
- Cześć.  - wróciłam do celi. 
Mercedes siedziała na łóżku czytając jakiś list. W dniu odwiedzin cele są otwarte przez prawie cały dzień, ale strażnicy są wszędzie.
 - Ktoś ważny?
- Mama..
- To chyba dobrze.
- Napisała, że nie mogła dzisiaj przyjechać, ale będzie następnym razem. Przysłała mi pełno rzeczy.. - uśmiechnęła się wchodząc mi na kolana. Objąłem ją i pocałowałem w czoło. 
- Niedługo wyjdziemy.
- A jak wyjdziemy to dokąd pójdziemy ? Znajdą nas..
- Nie znajdą. Mówiłem ci. Wszystko jest zaplanowane. - cmoknąłem ją krótko w usta. Oparła się czołem o moje i wsunęła palce w moje włosy.
 - Słodka jesteś.
- Ty też..
- Ja nie - zaśmiałem się.
- Jak zdejmujesz tą maskę jesteś bardzo uroczy.. - bawiła się moimi włosami . Kiedyś mnie to denerwowało ale jak ona to robi to jest przyjemne.
- Mogę Cie jeszcze raz pocałować ? 
- Głupie pytanie.
- To tak czy nie ?
- Tak. - Przyciągnąłem ją i pocałowałem zanim ona to zrobiła. Trzymałem jej biodra więc nie mogła się odsunąć. Pocałunki stawały się bardziej namiętne w każdej sekundzie, dlatego oderwałem się od niej dopóki nie zrobiłem jakiejś głupoty. Uśmiechnąłem się do niej. Posadziłem ją na łóżku i cmoknąłem w czoło.
- Obiad. - mruknął jakiś strażnik. 
- Boże dopiero śniadanie było.
- Chodź..
- Nie zjem. 
- To ja też. 
- Mała proszę Cie. 
- Nie. Bez Ciebie nie zjem. Ty musisz zjeść pierwszy, a potem ja. 
- Nie jestem głodny.
- To ja też nie.
- Ale ja na poważnie nie jestem głodny. - Wzruszyła ramionami.
- Proszę cię. Idź.
- Nie. 
- Mercy..
- Co ? 
- Idź i zjedz.
- Nie chcę. Jak ty nie jesz to ja też 
- Chcesz. Ja naprawdę zjadłem śniadanie i nie mogę.
- Chociaż troszkę Lou.. pół talerza ?
- Ani trochę.
- 1/4 ? 
- No dobra. - Wstała i wzięła mnie za rękę. Zaprowadziła mnie na stołówkę. Posadziła mnie przy stole, a po chwili przyniosła jedzenie. Zjadała wszystko z wielkim apetytem. Ja jadłem trochę wolniej grzebiąc w talerzu. Będę gruby jak stąd wyjdę. Niespodziewanie pochyliła się nade mną i pocałowała mnie w policzek. Uśmiechnąłem się do niej. Mówiłem już, że jest słodka?
 - Cieszę się, że Cie poznałam wiesz Lou ? - na jej policzki wszedł rumieniec.
- Powinnaś poznać kogoś lepszego.
- Nie mów tak..
- Tak własnie jest. Kogoś wyjątkowego.
- Ty jesteś wyjątkowy.
- Ja? - zaśmiałem się.
- Nie, twój brat niedźwiedź. - Cmoknąłem ją rozbawiony w usta i odniosłem talerze. Czekała na mnie przy stoliku i rozglądała się po sali.
 - Idziemy ?
- Tak.
- To chodź - objąłem ją i poszliśmy do celi. Usiadła na swoim łóżku i patrzyła na mnie tymi wielkimi oczami.
 - Ładne masz te oczka.
- Dziękuję.. znowu. - Zaśmiałem się i pocałowałem ją w czoło. Nie pasowała tu. Musiałem zrobić wszystko, aby ją uwolnić.
- Idziemy na spacerniak ? 
- Za godzinę będziemy mogli.
- Strażnicy mówią, że możemy już iść bo pani dyrektor pozwoliła z powody pięknej pogody.
- No to chodźmy. Rączka. - Podała mi rękę z uśmiechem i wyszliśmy na spacerniak. Chodziliśmy powoli ciesząc się promieniami słońca. Było tam kompletnie pusto. Jeden strażnik. Lubię dni odwiedzin. Ciągle przytulałem do siebie małą.
- Wiesz.. z jednego powodu nie chcę żebyśmy stąd uciekli..
- Z jakiego?  - Kiedy uciekniemy to będę kompletnie sama. Ty wrócisz do gangu,a ja ? nie mam co ze sobą zrobić.. - powiedziała smutno.
- No przecież ty idziesz ze mną.
- Ale potem mnie zostawisz.. Po co Ci ja ?
- Mówię, że idziesz że mną dalej.
- Dlaczego ?
- Bo tak.
- Dobry argument. 
- No ba. - zaśmiała się i usiadła na piasku. 

*** Oczami Harry'ego *** 

Dopracowywałem plan. W końcu miało ich uciec dwójka. Trochę więcej roboty. Przerwał mi Niall. - Mam bombę mam bombę! - przybiegł machając pudełkiem.
- Pojebało Cie ! Nie trzęś tym idioto ! 
- Oj zamknij się.
- Niall chodzi o Louisa. Weź coś chociaż raz w życiu na poważnie.
- Przecież jestem poważny. Czymaj to - podał mi pudełko.
- Dzięki. Jak Zayn i Liam ?
- Chyba po broń pojechali. - Zastanawiałem się czy powiedzieć mu o tej tajemniczej dziewczynie.

21 marca 2014

Rozdział 7

- Widzę jak Pan na nią patrzy i jak się o nią troszczy. 
- Ja jej nie znam.
- Czasami wystarczy jedno spojrzenie, a już czujemy coś więcej niż powinniśmy.
- Być może.
- Jest inna niż więźniowie, których poznałam pracując. Jest bardziej przerażona tym co zrobiła niż osadzeniem w więzieniu.
- Bo była zgwałcona.
- Wiem. Louis ona boi się własnego cienia, a zabiła z zimną krwią dwóch rosłych mężczyzn.
- Jest odważna w adrenalinie.
- I mówisz, że nic o niej nie wiesz.
- No bo nie... - odpowiedziałem krzywo się uśmiechając.
- Mam za dużo lat, żeby Ci uwierzyć.
- O lekarz - poderwałem się z krzesła. Dowiedziałem się, że Mercedes miała płukanie żołądka i zaraz będzie mogła wrócić z nami. Odetchnąłem z ulgą. Nic wielkiego się nie stało...Ale zabije tego kto ją otruł. Kiedy pielęgniarki wyprowadziły ją z sali wyglądała jak wrak człowieka. Od razu do niej podszedłem i pomogłem jej przejść do karetki. Odwieźli nas do więzienia, a ja zaniosłem Marcy do jej celi. Na oddziale nie było więźniów ale za to było pełno strażników. Przeszukiwali cele od góry do dołu. Leżelismy na łóżku. Trzymałem ją w ramionach. Nawet nie próbowali nas rozdzielać
.- Zostaniesz przy niej ? - zobaczyłem dyrektorkę w drzwiach celi.
- Tak. - głaskałem ją po włosach. - Śpij Mercy.
- Czy ja umrę ? - szepnęła cicho.
- Nie skarbie. Nie umrzesz. Śpij maleńka. - przytuliłem ją mocniej. Była raka krucha w moich ramionach. Jej oddech się wyrównał kiedy bardziej się we mnie wtuliła. Gładziłem ją po plecach. Niech śpi. Zastanawiam się kto mógł jej dosypać to do jedzenia lub picia. I dlaczego. Co ona komu zrobiła. Miałem tylko dwie opcje. Albo strażnicy, albo ona sama..Ona? Po co. To na 100 % strażnicy. Pocałowałem ją w skroń i także zasnąłem. Ta noc nie należała do spokojnych. Mercy dostała gorączki, ataku paniki, ale nie pozwoliła mi odejść od siebie nawet na chwilę. Leżała w gabinecie lekarskim, a ja siedziałem obok jej głowy głaskając ją delikatnie. Pielęgniarka dała mi kompres. Ułożyłem go na jej czole i trzymałem za rękę. Naprawdę była rozpalona. - Wiecie kto to? - spytałem dyrektorki, gdy weszła.
- Nie. Nic nie znaleźliśmy w celach.
 - A może to strażnicy? - zasugerowałem podając wodę dziewczynie. Podniosłem lekko jej głowę i przechyliłem szklankę.
- Nie wyciągaj pochopnych wniosków. Kto miałby cel w tym, żeby ją otruć ?
 - Kto ma cel w tym aby ją popychać i bić?
- Traktują ją jak wszystkich więźniów. Jest nowa, chcą pokazać jej kto rządzi. 
- Nie wątpię
- Powinien pan wrócić do celi.
- Nie - trzymałem rękę Mercy
- Musimy ją rozebrać. Wyjdź Tomlinson. - weszło kilku rosłych strażników.
- Kurwa nie wyjdę - Wyszarpali mnie siłą i dosyć brutalnie wrzucili do celi. Kurwa ! Uderzyłem z całej siły w ścianę. Jęknąłem z bólu. Jak się jest lekkim to ja się nie dziwię, że mną tak rzucają. Rozmasowałem kark wściekły. Minęło kilka dni, a Mercy nie wróciła. Dyrektorka nie pozwoliła mi się z nią zobaczyć. Nie wiedziałem nic. Nawet nie wiedziałem czy ona jeszcze żyje. Jak miałem spać? ciągle o niej myślałem. Kilka dni później, kiedy strażniczki wmuszały we mnie to " odpowiednie śniadanie " po którym nie czułem się aż tak źle zobaczyłem ją wreszcie. Weszła na stołówkę w towarzystwie strażnika. Była blada i miała podkrążone oczy, ale w porównaniu z tym kiedy ostatnio ją widziałem wyglądała lepiej. Wstałem i od razu poszedłem w jej stronę.
- Tomlinson odejdź. - warknął strażnik i odgrodził mnie od niej.
- Mercy jak się czujesz? - spytałem ignorując go.
- Panie Wayne, nie musi Pan chronić mnie przed Louisem. Dziękuję.. - skinął głową i odszedł w stronę innych strażników. - Czuję się dobrze. Po śniadaniu wracam do swojej celi.
- Gdzie byłaś? Czemu cię zamknęli gdzieś indziej? - złapałem jej ręce.
- Nie zamknęli mnie Louis. Cały czas byłam w gabinecie lekarskim. Karmili mnie, dbali o mnie. Wyleczyli mnie. Dwa razy byłam w szpitalu na płukaniu żołądka i raz na transfuzji krwi.
- Czyli już jest dobrze?
- Taak.. Teraz mam osobną dietę. Pani dyrektor chce wymienić cały personel.
- Dlaczego? - usiedliśmy obok siebie. Wziąłem ją na kolana nie myśląc o więźniach
- Znalazła w szafce jednego z nich jakąś truciznę..- przytuliłem ją i pocałowałem w policzek.
- Tęskniłam za Tobą. Pytałam Pani Dyrektor dlaczego nie przychodzisz. Powiedziała, że jak przyjdziesz to już nie wyjdziesz i dlatego.  - zaśmiałem się.
- No. Pewnie bym się tam przykuł.
- Dziękuję, że się mną opiekowałeś.
- Nie masz za co. Jedz. - posadziłem ją i poszedłem do dyrektor. Chciałem z nią porozmawiać. Niech tylko powie u którego to znaleźli.

*** Oczami Mercedes ***

Jadłam powoli to coś co przypominało warzywa.
- Parker do celi. - odsunęłam tacę i wstałam. Strażniczka podeszła do mnie i uważnie mi się przyjrzała. - Słyszałam o Twojej historii. Dasz radę dziewczyno. - 
Zaprowadziła mnie do mojej celi. Louis nie był w tej obok. Musiał gdzieś pójść. Usiadłam na swoim łóżku. W końcu wrócił. Minęła wtedy godzina. Był pobity, ale zadowolony.
- Co Ci się stało ?
- Nic złego. 
- Powiedz ! 
- No nic mi się nie stało. - uśmiechnął się.
- Zrobiłeś sobie makijaż na pandę ?
- Oj no dałem wpierdol.
- Dałeś czy dostałeś ?
- Dałem. 
- A komu ?
- Taki kretyn. Należało mu się - coś kręcił
- Dopóki nie powiesz mi prawdy nie będę się do Ciebie odzywać. - skrzyżowałam ręce na piersi i położyłam się na łóżku.
- Pobiłem tego co cię otruł.
- Po co ? 
- Po co to on wie.
- Jeżeli bijesz ludzi z mojego powodu to chociaż powiedz dlaczego ?
- Należało mu się. Cierpiałaś. - mruknął i wziął mnie przez kraty za rękę. Posłał mi ciepły uśmiech.

*** Oczami Harry'ego *** 

- Może w końcu wyciągniemy go co? - do mojego salonu wszedł Niall i reszta.
- A jak my wpadniemy ? - Zayn ciągle miał jakieś wątpliwości.
- Tylko wysadzimy ten szajs. Louis będzie wiedział kiedy ma wyjść i gdzie iść żeby nie wylecieć w  powietrze.
- Za dwa tygodnie jest widzenie. Do tego czasu musimy mieć plan i powiedzieć o nim Louisowi.
- Więc go wymyślaj. Myślaj, myślaj i wymyślisz. - Niall wziął jabłko od Summer.
- Może byście pomogli ?
- Ty jesteś taki cudowny i wspaniały, że dasz radę. Prawda Sunny że on jest cudowny? - przytulił ją.
- Odpierdol się od Summer. - przyciągnąłem do siebie Baby. - Chłopaki kurwa to nie tylko mój przyjaciel, ale też wasz. Na Eleanor nie możemy liczyć.
- Siostry mi przytulić nie wolno. - prychnął. - No przecież żartuję. Pomożemy ci.
- Więc do roboty.

*** Oczami Louisa ***

- Obiad. - warknął strażnik otwierając cele. 

- Fantastycznie - mruknąłem wstając. Mercedes nadal leżała na swoim łóżku patrząc tępo w sufit.
 - Mercy - podszedłem do krat.
- Hmm ?
- Chodź. 
- Nie jestem głodna Louis.
- Ja też nie, ale nie zjem jak nie pójdziesz.- Wstała leniwie z łóżka i poszła ze mną na stołówkę. Była cholernie powolna. Jak nie ona.
 - Powiesz co się dzieje?
- Nic. Po prostu jestem wykończona. Te leki są jakieś dziwne. Cały czas chce mi sie spać.
- Siadaj - pociągnąłem ją na kolana. - Wtuliła się w moją szyję i oddychała spokojnie.
- Powinniśmy zjeść. Pani dyrektor będzie zła.
- Jemy - zacząłem ją karmić. - Jadła powoli wpatrując się we mnie. 
- Ty też musisz jeść. 
- Zaraz będę. Am, otwórz buzię.  - Zaśmiała się i wzięła kolejny kęs. Potem ja też zjadłem. Trzymając się za ręce wracaliśmy do celi. - Cieszę się, że jesz.. - powiedziała cicho.
- Muszę, ale uwierz nie chce. - Zrobiła coś czego najmniej się spodziewałem. Złapała mnie za policzki i wpiła w moje usta. Z przyjemnością oddałem pocałunek. Smakowałem jej malinowych ust.

19 marca 2014

Rozdział 6

- Tomlinson, Parker ! Wystarczy tego ! - warknął strażnik odciągając ode mnie Marcy. Popchnął ją w stronę drzwi jakby była jakąś kłodą.
- Przestań ją kurwa szarpać.
- Znalazł się bohater. - wyśmiał mnie i spojrzał na Marcy.
- A wjebał ci ktoś kiedyś?! - no i dostał w splot słoneczny bo nie wytrzymałem.
- Louis.. - Marcy wzięła mnie za rękę i pociągnęła w stronę stołówki - Nie rób tak.. Będziesz miał problemy. On chciał Cie tylko sprowokować.
Nie zjem. Nie mogę. Błagam. Patrzę na jedzenie i po prostu się krzywię. To taki odruch - Usiadła przy stole i patrzyła na mnie tymi wielkimi oczami.
 - Nie mogę na to patrzeć - czułem, że mi się cofnie
- Jeszcze nic tu nie ma.. I nie będzie. - powiedziała cicho.
- Wiem, ale jak myślę o jedzeniu to mam ochotę nie wiem co..
- Ty nie jesz to ja też.
- Ale ja mam problem.
- Jaki ?
- Nienawidzę jedzenia.
- Czemu ?
- Po prostu.
- Ale musisz jeść.
- Ale nie mogę.
- Chcesz mnie tutaj zostawić ?
- Nie zostawię cię.
- Zjedz chociaż jedną kanapkę..
- Ale ja to potem zwrócę. To taka choroba.
- Musisz coś jeść..
- Ale nie mogę - spieraliśmy się kolejne minuty. W końcu odpuściła. Oparła brodę na rękach i przyglądała mi się.
- Ale ty masz zjeść.
- Nie.
- Tak kobieto. Jedz.
- Nie. I nawet nie próbuj mnie zmuszać, bo to zwrócę.
- Dobrze, ale nie głódź się.
- Panie Tomlinson, Panno Parker. zapraszam do mojego gabinetu. - dyrektorka stanęła przy naszym stoliku. Poczułem się niepewnie.
- Po co? - spytałem.
- Musimy porozmawiać. - Wywróciłem oczami. Wziąłem Mercedes za rękę i poszliśmy za nią. Prowadziła nas korytarzem. To dziwne, że nie ma tutaj strażników. Odważna kobieta. Nie zamierzam jej atakować bo ją lubię. Tylko ona mnie jeszcze nie wkurwiła.
 - O co chodzi? - spytałem zdenerwowany.
- Strajk głodowy panie Tomlinson ? Chcecie stąd szybciej wyjść, albo raczej wyjechać w trumnach ?
- To nie strajk.
- A co ?
- Mam jeść jeśli nie jestem głodny?
- Panie Tomlinson nie znamy się od wczoraj. Wcześniej nie zauważyłam takich problemów, ale dopiero panna Parker zwróciła moją uwagę na ten problem. Czy to przez jej obecność ? Możemy to szybko załatwić. Więcej pan jej nie zobaczy.
- To nie przez nią. Wcześniej się pani na mnie nie skupiała.
- Sprawdzimy. Panna Parker trafi do izolatki na kolejne dwa tygodnie. Jeżeli pan się poprawi to wyjdzie. Jeżeli nie, to nie.
- Proszę panią niech pani tego nie robi. To nie przez nią. To choroba.
- Jaka choroba Panie Tomlinson ? 
- Jezu. A wie pani kto to anorektyk? - mruknąłem. Podniosłem się i wyszedłem.
- Panie Tomlinson. Niech pan wróci. Mercedes wróci do celi, ale musimy porozmawiać.
- Ughh - zawróciłem.
- Jesteście moimi ulubionymi więźniami. Chcę panu pomóc panie Tomlinson dlatego proponuję ugodę. Wiem czym jest ta choroba. Sama przez nią przechodziłam. Teraz może po mnie nie widać, ale mimo wszystko wiem. Dostanie pan specjalne posiłki. Delikatne i lekkostrawne.
- A tu się takie da dostać? To jest więzienie. Jakim cudem? - oparłem się o jej biurko rękoma.
- Jak już powiedziałam, jesteście moimi ulubionymi więźniami. Mogę nagiąć trochę zasady.
- Dziękuję.
- Nie ma za co panie Tomlinson. Możecie odejść. - zabrałem Marcy i wyszliśmy .Czekali na nas strażnicy, którzy zaprowadzili nas do cel. Mercedes położyła się na łóżku. Była jakaś cicha.
 - Co się stało?
- Nic, trochę źle się czuję.
- To prześpij się.
- Nie.. - Nasze cele nadal były otwarte. Czemu ona jest taka blada ? Wstałem i poszedłem do niej. Pogłaskałem ją po policzku i przytuliłem.
- Słabo mi.. - powiedziała cicho. 
- Poczekaj - poszedłem po dyrektorkę. Kiedy z nią wróciłem Marcy nadal oddychała ciężko na swoim łóżku. Pielęgniarki posadziły ją i zaczęły czymś karmić po czym zrobiły jej jakiś zastrzyk i wyszły.
- Co jej jest? - zatrzymałem pielęgniarkę.
- Zatrucie. Obawiam się, że nie pokarmowe. Trzeba przeszukać cele wszystkich więźniów. Coś jej dosypano.
- Co?! - podszedłem do łóżka dziewczyny. Złapałem jej twarz i głaskałem po policzkach.
- Zimno mi.. - jęknęła trzęsąc się. Była rozpalona, ale trzęsła się z zimna. Szybko przykryłem ją kocami. Otuliłem ją swoimi ramionami. Niech mnie z tej celi siłami zabierają, nie wyjdę.
 - Panie Tomlinson. Zabieramy ją do szpitala. Musi pan ją puścić. - dyrektorka położyła dłoń na moim ramieniu. 
- Chcę jechać z nią. Proszę.
- To nie możliwe. Każda minuta się liczy. Proszę ją puścić
- Pojadę z nią. - wywróciła na mnie oczami, ale w końcu ustąpiła. Kazała mi się przebrać, a potem pojechaliśmy karetką do szpitala. Kiedy tylko znaleźliśmy się w szpitalu zabrali gdzieś Mercedes, a ja zostałem na korytarzu z dyrektorką. 
- Ufam panu. Mam nadzieję, że nie planuje pan jakiś sztuczek
- Boże nie. Chcę tylko wiedzieć co z nią jest. - Skinęła głową.
- Zakochanie to piękny stan. - powiedziała po chwili.
 - Nie zakochałem się..
- Przecież widzę. Coś was łączy.
- Jest...inna.
- Lepsza ?
- Wyjątkowa. 

17 marca 2014

Rozdział 5

Dlaczego kurwa ja mam takiego pecha? Ciekaw byłem gdzie ją zabrali. I ciekaw byłem ile jeszcze będę musiał czekać. Może w końcu chłopaki wezmą się do pracy. W końcu wróciła do celi. Przestraszona, smutna, brudna. Położyła się na łóżko, tyłem do mnie.
 - Powiedz gdzie byłaś. - Leżała nadal bez ruchu. Wkurwiała mnie ta bezsilność. Walnąłem w kraty i dałem sobie spokój. 
- Pobili mnie i zamknęli w izolatce. - powiedziała chwilę później. 
- Słucham? - chyba mnie coś trafiło. - Jak to cie kurwa pobili ?! - Wstała i podeszła do krat. Dopiero teraz zobaczyłem blednącego już siniaka pod okiem i małe rozcięcie na policzku. 
- Normalnie.. Było ich trzech. Nie miałam szans.
 - Oni nie mają prawa pobić cie bez powodu - byłem wściekły. Krew się we mnie gotowała.
- P-powiedzieli, że następnym razem zrobią mi coś o wiele gorszego... - wyjąkała spuszczając głowę. Jezu jak ja tego nie cierpię. Jak mam ją ochronić? Opadła na podłogę przy kratach i ukryła twarz w dłoniach.
 Zrobiłem to co ona. Dotknąłem dłońmi jej policzków. Spojrzała na mnie przerażona. Zrujnowali tą dziewczynę.
- Przepraszam...
- Za co ? - jęknęła.
- To moja wina.
- Nie przepraszaj mnie.. Chciałeś mnie ochronić. - do jej celi weszła dyrektorka w towarzystwie pielęgniarek. Lubię tą babkę. Ma dobre serce i traktuje nas jak ludzi.
- Panno Parker. - Marcy wstała i spojrzała na nią ze strachem - Nie wiem jak panią przepraszać za to co się stało. To nigdy nie powinno mieć miejsca. Pielęgniarki opatrzą pani rany, zabiorą panią pod prysznic i dadzą czyste ubrania. Czy mogę coś dla pani zrobić ?
- Chciałabym prosić o dodatkowy koc gdyby to nie był problem.. Po prostu w nocy jest zimno.
- Oczywiście. Nie ma problemu. Zaraz go przyniosę.
- Dziękuję. - Pielęgniarki zabrały ją z celi, biorąc też te jej kosmetyki. Wróciłem na swoje łóżko i ukryłem twarz w dłoniach zabijały mnie myśli. Dlaczego zrobili to jej, a nie mnie ? Usłyszałem ciche kaszlnięcie i podniosłem wzrok. 
- Panie Tomlinson nie dopuszczę do tego ponownie. Będzie teraz pana potrzebować. Jest przerażona.
 - Mnie? - zdziwiłem się.
- Kiedy znalazłam ją w izolatce i zapytałam jak mogę pomóc powiedziała, że chce być przy panu.
 - Jak mam być przy niej?
- Niech pan jej nie zostawia samej i pomoże przez to przejść.
- Dobrze. - pokiwałem głową. Wyszła z celi Marcy, a ja opadłem na poduszki. Czemu ja mam się bawić w niańkę ? Masz to szczęście Tomlinson. Po prostu pierdolone szczęście. Sam siebie nie rozumiem. - W porządku? - podniosłem głowę.
- Nic nie jest w porządku. 
- Wiem. Głupie pytanie. - Znów podeszła do krat. 
- Powinniśmy przysunąć tutaj łóżka. Łatwiej byłoby rozmawiać...
- Może masz rację. Ale dasz radę?  - Odeszła na chwilę i z trudem przysunęła łóżko do krat. Usiadła na nim i owinęła się kocem. Zrobiłem to samo co ona. 
- Nie jesteś zmęczona?
- Nie zasnę. Boje się spać.
- Nie bój się.  - Dlaczego Twój współlokator jest w szpitalu ? - kurwa. Nawet nie zauważyłem, że go nie ma.
 - Eee nie wiem. - Uśmiechnęła się i położyła głowę na poduszce. Leżała tak blisko mnie, że wyraźnie czułem jej zapach. Dzieliły nas tylko kraty.
- Mogę trzymać Cie za rękę Louis ? 
- Dlaczego chcesz mnie trzymać za rękę?
- Sama nie wiem. - podałem jej rękę. Złączyła delikatnie nasze palce i zamknęła oczy. 
- Dobranoc Louis. 
- Dobranoc Mercedes.
- Kiedy byłam w izolatce to śniłeś mi się.. - mruknęła sennie.
- Coo? Ja?
- Ty.. Czekałeś na mnie przed więzieniem. Świeciło słońce, było ciepło. Skończyłam wyrok i byliśmy wolni.
- Czekałem. Nawet cie nie znam.
- To był tylko sen. Piękny, ale tylko sen
- Idź spać.
- Dobrze tato.. - Zaśmiałem się i naciągnąłem jakoś koc na jej ciało. Obróciłem się na bok i oboje zasnęliśmy. Miałem najdziwniejszy sen w życiu i pierwszy w tym miejscu. Śniła mi się Mercedes. Byłem tym zaskoczony. Ale to był piękny sen. Spacerowaliśmy po jakiś uliczkach. Trzymałem ją za rękę, a ona śmiała się z moich żartów. W końcu przyciągnąłem ją do siebie i spojrzałem jej głęboko w oczy. Nasze usta się złączyły. I wtedy się obudziłem. Otworzyłem oczy. Rzeczywistość. Więzienie - Louis co Ci jest ? - poczułem jej chłodne dłonie na moich policzkach.. Przykleiła sie do krat
 - Co? - zamrugałem oczami. - Nic. 
- Jesteś cały spocony.. Chcesz wody ? 
- Nie...- popatrzyłem na nią. - Masz ładne oczy
- Umm.. Dziękuję.. - jej policzki oblał rumieniec.
- I ładnie się rumienisz. 
- Naprawdę dziękuję.. 
- Za prawdę się nie dziękuję.
- Ale za komplementy tak. 
- Nie wiem bo mnie nie komplementują.
- Masz śliczne oczy i uśmiech.
- Teraz zmyślasz - zaśmiałem się.
- Nie mam powodu.
- Niedługo to więzienie wyleci w powietrze.
- O czym mówisz ?
- O tym że uciekniemy.
- Nawet jak ucieknę to i tak mnie złapią.
- Nie złapią.
- Louis daj spokój. Ty masz swoich przyjaciół, gang. Masz do czego wracać, a ja nie. Ty wyjdziesz, ułożysz sobie życia, a ja zostanę tutaj jako zabawka więźniów i strażników.
- Przestań. Pomogę ci. Nie mam nic do stracenia.
- Dlaczego chcesz mi pomóc ? Przecież mnie nienawidzisz..
- Nie zaczynaj już z tym nienawidzisz.
- Dobra. Dlaczego chcesz mi pomóc ?
- Lubię Cie. - uśmiechnęła się delikatnie. 
- Ja Ciebie też lubię. - Wziąłem ją za rękę. Bawiłem się palcami dziewczyny.
Oparła głowę o kraty i westchnęła cicho obserwując nasze dłonie. Splotłem nasze palce razem. Popatrzyłem w jej czekoladowe oczy. Jak Boga kocham lub też nie po raz pierwszy cieszyłem się że jestem w więzieniu.
- Louis ? Obiecasz mi coś ? 
- Co sunshine?
- Najpierw obiecaj
Gram w otwarte karty. Co mam obiecać?
- Jak mnie lubisz to obiecaj !
- Obiecuję...- westchnąłem.
- Właśnie obiecałeś, że zjesz dzisiaj obiad. - uśmiechnęła się szeroko
- Grzeczny chłopiec. - chciałbym usunąć te kraty, które nas dzieliły. Chciałbym ją przytulić.
- Tak. Tak. Idziemy na śniadanie. - powiedziałem bo strażnik otwierał cele.
- A zjesz ? 
- Zjem. - Wstała z łóżka i wybiegła na korytarz. Poszedłem w jej ślady, a ona chwilę później wisiała mi na szyi. Objąłem ją z uśmiechem. Jej usta prosiły się by je całować. 

14 marca 2014

Rozdział 4

- Po co to robisz ?! - syknęłam wycierając łzy z policzków. 
- Bo ty nie będziesz płacić za to że ja nie jem.
- Może chcę być taka jak Ty ! Może nie chcę, żebyś się głodził !
- Nie drzyj się! - krzyknął i oparł ręce o stół. - A co ja cię obchodzę? Nie bierz przykładu.
- Pójdę do dyrektorki i powiem, że nie jesz. Będą to w Ciebie wciskać siłą. Chcesz tego ?
- Ona wie. - wzruszył ramionami. - To moja sprawa. Boże, zjem wieczorem. - warknął i odszedł, a strażnicy zabrali go do celi. Skończyłam tą okropną herbatę i poprosiłam strażnika, żeby zaprowadził mnie do dyrektorki. Ze mną nie wygra. 

*** Oczami Louisa ***

Przez Mercedes dyrektorka wmusiła we mnie trzy porcje jedzenia. Siedziała na swoim łóżku i obserwowała mnie jak wciskam w siebie coś przypominającego mięso i ziemniaki. Kiedy jakimś cudem skończyłem wyszli z mojej celi, a mnie jasny chuj strzelił. Podszedłem do krat i wymierzyłem w jej stronę najostrzejsze spojrzenie jakie mogłem. 
- Nienawidzę cię - warknąłem. Podszedłem do czegoś co przypominało toaletę i zwymiotowałem to wszystko. Wodą z butelki wypłukałem usta. Boże za jakie grzechy.
- Jeszcze mi za to podziękujesz
- Tak, oczywiście.
- Nie bądź taki. Przynajmniej nie jesteś głodny.
- Wcześniej też nie byłem.
- Kłamiesz Louis. Jesteśmy potworami, ale nadal mamy jakieś odruchy ludzkie.
- Nie byłem jasne?
- Nie jasne. - Wywróciłem oczami. Dałem sobie spokój z dyskusją. Jezu jak ja się tego z żołądka nie pozbędę to nie wiem. Podeszła do krat i zaplotła na nich ręce. Położyłem się na materacu i patrzyłem na łóżko nade mną. Usłyszałem westchnięcie, a po chwili skrzyp materaca w celi obok. Och, świetnie. Dała sobie spokój. Marzyłem o tym. Po jakimś czasie mieliśmy wyjść na spacerniak. Wyszedłem z celi, ale zobaczyłem, że Mercedes siedzi na swojej pryczy. Jej cela była otwarta, a ona siedziała tam ze spuszczoną głową. 
- No chodź. Godzina dziennie na dworze.
- Żartujesz ? Mam tam wyjść ? Żeby znowu mnie zgwałcili ? 
- Nikt cię nie zgwałci - powiedziałem i podszedłem do niej. - Albo zabiję.
- Nienawidzisz mnie to czemu się przejmujesz ?  Idź. Ja tu zostanę.  - Nienawidzę, bo mnie denerwujesz jak zachowujesz się jak osioł. Każdy człowiek musi się przewietrzyć. - przerzuciłem ją przez ramię i wyszedłem. Straż wiedziała, że nic jej nie zrobię więc tym oto sposobem wyprowadziłem ją na dwór. Kiedy tylko ją puściłem uciekła do kąta i usiadła zwijając się prawie w kłębek.
- Mercy - podszedłem do niej wzdychając. Ukucnąłem i złapałem jej chude nadgarstki. - Obiecuję, że nic Ci się  nie stanie. - Ignorowała mnie. Jej buzia ukryta była w dłoniach
- Mała - pogłaskałem ją po włosach. - Chodź.
-Gdzie ? Po co mam iść ?
- Żeby się rozruszać. 
- Nie zmusisz mnie. Nie wciśniesz mi jedzenia do gardła jak na stołówce.
- Nie chcę cię zmuszać. Daj łapkę i chodź. - Szliśmy spacerniakiem obok ogrodzenia.
- Zwolnij. Jakbyś nie zauważył to jestem niska i nie mam takich długich nóg jak Ty.
 - Ale jak ślimak nie lubię chodzić.
- To chodź sam. Było mnie tutaj nie ciągnąć
- Cichaj - mruknąłem i zwolniłem.
- Zimno mi..- powiedziała cicho. Otuliłem ją ramieniem. Jeju, Louis co ty się nią przejmujesz. Przylgnęła do mojego torsu. Spod jej zamkniętych powiek uciekło kilka łez.
- Ej, tylko nie płacz. Twarda jesteś.
- Nie wytrzymam tutaj.
- Wytrzymasz. 
- To nie jest miejsce dla mnie.. Co ja tutaj robię ?! Po co ja to robiłam ?! Mogłam zabić siebie, a nie ich.
- Wyjdziesz stąd wcześniej niż myslisz.
- Za 25 lat. 
- Mówię, że nie. 
 - Nie uda się stąd uciec. Nigdy. Nawet Tobie.
 - Uda się. 
- Czemu jesteś taki pewny ? 
Mówiłem ci już. Mogę wszystko - szepnąłem jej do ucha. - Ale to wymaga trochę czasu. 
- Tomlinson, Parker ! - jeden ze strażników podszedł do nas - Co Wy tam knujecie ?  - Knujemy?  My się tylko integrujemy panie władzo - prychnąłem.
- Gdybym Cie nie znał Tomlinson to bym Ci uwierzył. 
- Nawet na te piękne oczy?
- Gdybyś jeszcze miał piękne oczy. - prychnął i odszedł.
- Ja nie mam pięknych oczu?! No chyba cię Bóg opuścił.
- Tomlinson właśnie załatwiłeś Paker szybszy powrót do celi. - złapał ją za ramię.
- Ale puść panią, bo panią to boli - złapałem jego rękę i strząchnąłem. - Trochę kultury.
- Tomlinson trzymaj ręce przy sobie. - odepchnął Mercedes z taką siłą, że upadła na ziemię. - Sprawiłem jej ból ? Dopiero mogę to zrobić. - splunął i odszedł. Podniosłem dziewczynę upewniając się, że jej nic nie jest. Pogłaskałem jej policzek i pobiegłem za nim. Szarpnąłem za ramię do tyłu i walnąłem łokciem. Upadł na kolana. 
- Tomlinson popełniasz błąd. - wstał z trudem, a kilku strażników mnie unieruchomiło. Kilka strażniczek zabrało gdzieś Mercedes, a mnie zawlekli do celi. Czekałem. Czekałem kilka godzin, a jej ciągle nie było. Nie wróciła na noc. Rano też jej nie było. Nie widziałem jej przez tydzień. 

12 marca 2014

Rozdział 3

- Nie interesuj się Tomlinson. - przesunęły jej łóżko na drugi koniec celi z daleka ode mnie i wyszły.
- Kurwy. - splunąłem.
- Nie mów tak. Pomogły mi chociaż nie musiały.
- Jak to ci pomogły? W czym?
- W tamtej celi więźniowie próbowali mnie.. zmacać.  Powiedziały, że przeniosą mnie tutaj bo jest jedna ściana i będę miała łatwiej. - Skrzywiłem się. Wyjdziemy tylko na stołówkę a po ukręcam głowy. Podeszła do krat i usiadła owijając się kocem. Usiadłem naprzeciwko niej i patrzyłem. Naprawdę ładna była.
- Nadal są kraty, ale teraz nikt nas nie usłyszy.. - poprawiła nerwowo ciągle wilgotne włosy.
- Więc powiedz.
- Ty pierwszy. 
 - Proszę, zacznij. Kobiety mają pierwszeństwo.
- Prześladowali mnie. Obrażali. Wyzywali. Robili mi przykrości. Pobili mnie.. i zgwałcili.
- Co? - wydusiłem z siebie. Zamknąłem oczy próbując się uspokoić. Jestem pojebem ale nigdy nie zgwałciłbym kobiety. Takich tylko zajebać.
- To co słyszałeś. Robili mi to we dwóch. Zabrali moje dziewictwo. Odebrali mi uśmiech. Wszystko.
- Nic więcej nie mów. Nie chcę tego słuchać bo mnie rozniesie.
- Twoja kolej.. - powiedziała drżącym głosem, a w jej oczach były łzy. Wyciągnąłem rękę przekładając ją przez kraty. Dotknąłem jej policzka i starłem słone krople. Zadrżała przy moim dotyku, ale wtuliła twarz w moją dłoń.
- Nie płacz, bo nie warto. Człowiek nie powinien żyć przeszłością.
- Miałam 14 lat Louis. 
- Tym bardziej. Gdy będziesz o tym myśleć zaczniesz tym żyć. - To tak łatwo brzmi w teorii.. - spojrzała na mnie tymi wielkimi oczami migoczącymi od łez.
- Naprawdę.
- Twoja kolej.
Miałem wrogów. Wiesz nie robiłem tego sam ale kolegów nie sypnę.
- Dlaczego miałeś wrogów ?
- W takiej pracy ma się wrogów.
- Jakiej ?
- Sama mówiłaś że wszystko o mnie wiesz.
- Wiem tyle, że zabiłeś Louis. Nie wiem kim byłeś wcześniej.
Gangsta maleńka.
- I dałeś się złapać ? 
 Tak wyszło. Ale fajna policjantka mnie zatrzymała. Mrr.
- Faceci.. - powiedziała smutno i odsunęła moją rękę od swojej twarzy.
- Przecież ja tylko żartuje. To było dwóch takiiiich -.pokazałem szeroką odległość. - grubasów.
- Mnie sponiewierali tak, że na procesie miałam siniaki.
- Debile tu pracują. 
- Nie jest źle. Pozwolili Ci wnieść jakieś ubrania ?
- Nie. 
- Mi tak.  
- Wiem, widziałem. No jesteś tu jedyną.
- Podobno była jedna, ale umarła.. Nie wytrzymała.
- Ty dasz radę. 
- Wiem. - trzymała moją dłoń w swoich. 
- Wiesz.. pomogę Ci wyjść.
- Za 20 lat. 
- Wcale nie. Mówiłem ci. Ja mogę
- Dlaczego chcesz mi pomóc ? Zabiłam. Jestem winna.
- To oni cie krzywdzili.
- Zabrałam im to co mieli najcenniejsze, a przed tym znęcałam się nad nimi.
- Bardzo dobrze.
- Obcięłam im kutasy. 
- Zaczynam się ciebie bać. 
- I dobrze. - uśmiechnęła się i wstała . - Chyba pójdę spać.
- Dobranoc.. - mrugnąłem do niej. 
- Wzajemnie. - poszedłem się położyć  i zasnąłem. 

*** Oczami Mercedes ***

To była chyba najgorsza noc w całym moim życiu. Tutaj jest strasznie.
- Parker wychodź.. - strażnicy stanęli w drzwiach mojej celi. Wstałam i wyszłam, a oni zaprowadzili mnie na stołówkę.  
Usiadlam przy stole Louisa. Jego jeszcze nie było. Kiedy tylko pojawił się na stołówce jego wzrok spoczął na mnie . Powoli kierował się w moją stronę utrzymując kontakt wzrokowy, ale musiałam go przerwać. Poczułam ręce na moich ramionach więc zerwałam się z krzesła. Złapał za szyję mężczyznę, który próbował mnie dotykać, a ze stolika zgarnął nóż. 
Nawet nie wiem kiedy znalazł się on w szyi tamtego kolesia.
- Ręce trzyma się przy sobie jasne?!- warknął zanim ten padł na ziemię. - To się tyczy wszystkich. Nastała cisza. Słyszałam tylko mój przyspieszony oddech i oddech Lou. To dziwne, że strażnicy jeszcze nie przyszli. 
- Straż ! Ten psychol chciał się zabić ! - krzyknął jakiś więzień, a Tomlinson odciągnął mnie od miejsca zdarzenia.
 - W porządku? - spytał dotykając moich pleców. Nie odpowiedziałam tylko zawisłam na jego szyi. Zdziwił się moich ruchem. Uniósł brew do góry i po chwili delikatnie objął mnie jedną ręką. 
- Na pewno wszystko dobrze? - drugą ułożył na moim biodrze.
- Dziękuję.. - szepnęłam wtulając się w jego tors.
- Nie masz za co - pogłaskał mnie po włosach i pocałował w czoło.- Odskoczyłam od niego jak oparzona. Nie przywykłam do takich gestów.
- Wybacz - odpowiedział. - Idź coś zjeść.
- Pójdziesz ze mną ? 
- Mi się nie chcę - pokręcił głową.
- Wczoraj też nie jadłeś.
- Bo nie lubię jeść.
- Ale musisz. Jeżeli mamy z tą uciec to musisz mieć siłę.
- Ucieknę. Nie martw się. 
- To ja też nie będę jadła. - usiadłam przy stoliku i spojrzałam głęboko w jego błękitne oczy.
 - Ty będziesz - podsunął mi jedzenie.
- Nie. 
- Zjesz, albo sam cię nakarmię. 
Po prostu zjedz coś. Będzie łatwiej.
- Jedz. 
- Nie - zacisnęłam usta w cienką linię. - wziął widelec i naprawdę zaczął mnie karmić. Był wkurwiony. Wyplułam jedzenie, które brutalnie wpychał mi do ust, ale on się nie poddał. Podniósł mi głowę tak, że wszystko co mi dawał od razu zlatywało. 

10 marca 2014

Rozdział 2

- Długa historia. Nie przez kraty.
- Innego wyjścia nie mamy.
- A co Cię to obchodzi ?
- Cóż.. Nie mam nic lepszego do roboty przez najbliższe 25 lat. - uśmiechnęła się smutno.
- Ulala.. - zagwizdałem - nieźle.
- Ile Ci zostało ? - zapytała siadając przy kratach.
- Dokładnie 20 lat, ale zamierzam wyjść stąd wcześniej.
- Jak ?
- Skarbie ja mogę wszystko.
- Nie mów do mnie skarbie.
- Och przepraszam... Jak Ty masz na imię  ? - uniosłem brew.
- Mercedes.
- No więc przepraszam Marcy. - wywróciła oczami, ale na jej buzi pojawił się uśmiech.
- Jak udało Ci się nie zwariować w tym miejscu ?
- Lata przyzwyczajenia. Jak widzisz każdy tutaj zrobi to co mu powiem.
- Oprócz mnie.
- No ty to jesteś ewenement.
- Nie spodziewałeś się.
- Przeżyję. - wzruszyłem ramionami.
- To się jeszcze okaże.
- Za co ty tu trafiłaś maleńka, co ? - zapytałem przeciągając się.
- Za dwa morderstwa z wybitnym okrucieństwem. - wzruszyła ramionami.
- Coś ty się tak znęcała ? - Idealnie pasowałaby do gangu.. o tak.. ma charakterek.
- Miałam powody.
- Jakie ?
- To nie jest rozmowa przez kraty.. - powiedziała naśladując mnie
- Sratatata - wywróciłem oczami - Idę spać. Tylko nie płacz.
- A śpiewać mogę ?
- Jak musisz.. - położyłem się na łóżku i przytuliłem policzek do poduszki.
- Tylko żartowałam. - usłyszałem jak więźniowie wracają do cel. Nie ma tu kurwa jebanej prywatności. Cele dzielą tylko kraty. Nic innego. Nie ma nawet głupiej ściany. Tylko obok kibla. Biedna Mercedes będzie musiała przywyknąć do takiego życia. Usnąłem.. 

*** Oczami Mercedes ***

Usiadłam na łóżku i patrzyłam jak więźniowie wchodzą do swoich cel. Wszyscy wyglądają na jakiś jebniętych. Więzienie o zaostrzonym rygorze, a można tu wnieść sporo potrzebnych rzeczy jak lakiery do paznokci, szampony, płyny do kąpieli. Chociaż tyle. Nie będzie ode mnie śmierdziało. Więźniowie obok mnie coś do mnie gadali, ale średnio mnie to obchodziło. Położyłam się na łóżku i starałam zasnąć. Kurwa tutaj jest serio zimno. Zadrżałam i przykryłam się kocem. Lepiej.
- Parker. - uniosłam głowę i zobaczyłam strażnika - Twój czas na prysznic, chyba, że wolisz iść z nimi ? - zapytał, a jego głos ociekał sarkazmem.
- Podziękuję. - wstałam i zabrałam ze sobą wszystkie potrzebne rzeczy.
- Czysty uniform. - podał mi ubranie i wyszedł. Rozebrałam się i weszłam pod prysznic. Umyłam szybko włosy i siebie całą. Zmieniłam ubranie i czekałam aż otworzą się drzwi.

*** Oczami Louisa ***

Obudziłem się i zobaczyłem, że Mercedes nie ma. Zdziwiłem się, bo przecież wszyscy równo stąd wychodziliśmy. Naciągnąłem na gnaty koszulkę i przeciągnąlem się. Może była pod prysznicem. Wreszcie wróciła. Wilgotne włosy przykleiły jej się do buzi kiedy strażnik popchnął ją do celi. Nie zniosę takiego traktowania kobiety nawet jeżeli jest więźniem. Wstałem i podszedłem do krat
- Ej ty - zagwizdalem. Niczego nieświadomy podszedł do mnie. Spytałem która godzina. Chciał wyjąć telefon. Ręka mieściła mi się przez kratę. Dostał w brzuch a potem kolanem w krocze. Cela Mercedes była otwarta, ale dziewczyna nie zamierzała się z niej ruszyć. Stała i patrzyła na mnie z otwartymi ustami.
 - Uciekaj - powiedziałem przez zęby. - Albo podaj mi jego klucze. - strażnik był nieprzytomny bo uderzył głową o metalowe kraty. - Wybiegła z celi i drżącymi dłońmi otworzyła moją celę. Wyszedłem stamtąd. Nie chciałem jej brać ale musiałem. Pociągnąłem ją za rękę.
- Złapią nas.. - powiedziała biegnąc za mną korytarzem. 
- Najprawdopodobniej ale kto nie ryzykuje ten nie wygrywa.
- Boje się. 
- Biegnij !
- No chyba się nie czołgam ! 
- A kto Cie tam wie. 
- Trzymasz mnie za rękę więc.. - dotarliśmy do drzwi. Kurwa. Zamknięte. Nie było szans. 
- Wróćmy.. - powiedziała cicho.
- Sami przyjdą. 
- Louis jeżeli wrócimy to będzie lepiej.. pochwalą nas, że nie uciekliśmy..
- Dobra. - ruszyliśmy biegiem w stronę celi. Dotarliśmy tam na szczęście unikając strażników. Zorientowałem się, że cały czas trzymam ją za rękę więc jak najszybciej ją puściłem.
- Dobra leć tam. - popchnąłem ją do celi i wszedłem do swojej. Zobaczyłem, że nie ma mojego współlokatora nie ma. Nigdy go nie lubiłem więc co mi tam. 
- POMOCY ! - wydarłem się. Przyszli strażnicy, a ja kulturalnie go wkopałem i powiedziałem, że to on pobił ich kolegę. Zobaczyłem, że strażniczki otwierają cele Mercedes i o czymś z nią rozmawiają. Wyprowadziły ją z celi i zabrały jej rzeczy. Przykleiłem się do krat jak pojebany, ale okazało sie, że przenoszą ją do celi obok mojej
- Czemu ją przenosicie ? 

9 marca 2014

Rozdział 1

Kolejny dzień w mojej cudownej celi. Szare ściany, wilgoć i brud. Mój zajebisty pomarańczowy uniform. Tasowałem talię kart bo tu nie ma nic innego do roboty. 
- Dzisiaj ją przywiozą. - to akurat przykuło moją uwagę. Podszedł do krat i spojrzałem na pielęgniarki.
- A kogo ?
- Nie interesuj się Tomlinson. 
- No powiedzcie. Przecież się lubimy. 
- Kobietę, która zostanie osadzona na tym oddziale. 
- Laseczka na zaostrzonym rygorze ? Dziwne. 
- Wracaj na pryczę. - odeszły, a ja zacząłem myśleć. Ciekawe kim ona jest i za co tutaj trafi. 
Kobieta. Tutaj. To coś ciekawego. Kobiety nigdy nie pasowały na osoby złe. Raczej były one delikatne.
Podsłuchiwałem rozmowy każdego kto przechodził i wszytko opierało się na tej dziewczynie. Wszedł mój "współlokator". Jezu nienawidzę typa. 
- Tomlinson obiad. - największy ze strażników stanął w drzwiach mojej celi. Wstałem i wyszedłem z małego pomieszczenia jak codziennie o 14. Spacer zawsze spoko. Sprowadził mnie na dół po schodach. Jak zawsze przechodziliśmy obok drzwi wyjściowych, ale dzisiaj były one otwarte. Zatrzymałem się i z otwartymi ustami obserwowałem jak wprowadzają na wydział pierwszą kobietę. 
- Tomlinson rusz się. - popchnął mnie, więc niechętnie ruszyłem przed siebie. Zaprowadził mnie na stołówkę, a potem zniknął. 
Usiadłem na swoim miejscu zaraz obok mojego współwięźnia. Taa...Specyficzny osobnik, któremu już parę razy wjebałem jak mnie wkurwił. Nic konkretnego, ale łatwo mnie zdenerwować. Zwłaszcza głupotą.
- Louis przynieść Ci jedzenie ? 
- Nie jestem głodny - odparłem patrząc na niego krzywo. A ten co w gosposie się bawi? Głowy wszystkich odwróciły się w kierunku drzwi wejściowych, więc zrobiłem to samo co oni. Do sali weszła ona. Jedyna kobieta na tym cholernym wydziale. Więzienie składa się z trzech budynków. Kobiecy, męski i nasz. O zaostrzonym rygorze dla wyjątkowych psycholi. No, zaliczam się do niego. Mogę się tym pochwalić. Ave ja. Patrzyłem na jej zgrabne ruchy. Nawet w tym kombinezonie ładnie wyglądała. Miała długie, jasne brązowe włosy. Była szczupła i miała piękne, ciemne oczy. Ochroniarze posadzili ją przy jednym ze stolików, a ona jak automat skierowała wzrok w moją stronę. Miałem twarz bez wyrazu. Patrzyłem po prostu na nią. mój wzrok bezwstydnie ją lustrował. Większość z obecnych to robiła. Laska musi być silna psychicznie bo na jej twarzy nie ma jakiegokolwiek wyrazu strachu. Westchnąłem i wstałem. Zacząłem iść w jej kierunku. Jej brązowe oczy spoczęły na mnie kiedy stanąłem po drugiej stronie stolika. 
- Louis Tomlinson we własnej osobie.. - powiedziała cicho. 
- Oh, widzę że się orientujemy - cmoknąłem z uznaniem.
- Nie masz czym się chwalić. Mama mnie przed Tobą kiedyś ostrzegała. Teraz siedzimy w tym samym miejscu. - uśmiechnęła się sarkastycznie.
- Cała przyjemność po mojej stronie. 
- Nie imponujesz mi na tyle, żeby był to zaszczyt. Śmiem twierdzić, że w porównaniu z tym co ja zrobiłam, ty gówno wiesz o zabijaniu. - wstała i podeszła do mnie powoli - Nie uważaj się za nie wiem kogo. Wszyscy jesteśmy tutaj na takim samym, gównianym poziomie. - ruszyła w stronę lady gdzie wydawali posiłki. Złapałem jej nadgarstek i pociągnąłem do tyłu. Wylądowała oparta o stolik. Wszyscy nas obserwowali. Złapałem podbródek dziewczyny. 
- Będę mówił powoli, żeby dotarło. - syknąłem - Nie. Popisuj. Się. Nie masz przed kim.  Pilnuj się malutka. Zawsze możesz tu się już nie obudzić. - pogłaskałem ją po policzku, a zaraz uderzyłem. Nawet nie odwróciła głowy po moim uderzeniu. Nie tak to sobie wyobrażałem. 
- Kobieta Cie urodziła Tomlinson. Nie masz prawa żadnej uderzyć.. - powiedziała cicho po czym czułem już tylko ból mojego krocza. Upadłem na kolana, ale ona nie odeszła. Uniosła mój podbródek swoją delikatną dłonią.
- Sprawię, że będziesz bał się zasnąć.. - szepnęła i odeszła. Gdy ból minął wstałem. Gówniara jeszcze nie wiem z kim rozmawia. Tu się mnie boi nawet człowiek dwa razy większy ode mnie. Siedziała przy MOIM stoliku, na MOIM miejscu. Jadła jabłko i bawiła się włosami. Podszedłem do niej i jedną ręką przewróciłem stół. W sekundzie poczułem ręce oplatające moje ramiona. Pieprzeni strażnicy. Walnąłem łokciem jednego z mężczyzn. Denerwują mnie.Dwóch innych wyprowadziło ją ze stołówki, a po chwili to samo zrobili ze mną. Brutalnie wrzucili mnie do celi. Świetnie. Na pytanie czy może być gorzej odpowiem, że tak. Ta panna ma celę na przeciwko mojej.
 - Nie, nie. No błagam. Za jakie grzechy warknąłem w poduszkę 
- I co Tomlinson ? Opłaciło się ? - zerwałem się z łóżka i podszedłem do krat. Stała przy wyjściu ze swojej celi i malowała paznokcie. 
- Zamknij się dziwko.
- Dziwką była Twoja dziewczyna, która wyciągnęła w mediach wszystko o waszym pieprzonym związku i załatwiła Ci dłuższy wyrok !
- Jezu, ale ty piszczysz - jęknąłem i odwróciłem się. Koniec dyskusji, bo normalnie nie wytrzymam.
- Uciekasz od rozmowy. Ty też się mnie boisz. - mruknęła cicho i usłyszałem jak odchodzi od krat.
- Taaa, jak cholera! - krzyknąłem i rzuciłem się na łózko. Wszedł Thomas i położył się na górze. Zapanowała cisza bo większość więźniów jest jeszcze na obiedzie. Coś jednak nie dawało mi spokoju. Ciche łkanie. To nie ja. Thomas też nie.. Hmm. Podszedłem do krat zdziwiony. Rzeczywiście to ona płakała.
- I co się tak kurwa gapisz ? - warknęła przekręcając się tyłem do mnie. 
- Bo mam oczy. Czego ryczysz ?! 
- I tak Cie to nie interesuje to po co się pytasz ?! 
- Bez powodu ktoś taki jak ty nie wylewa łez.
- Ktoś taki jak ja ?! Nic o mnie nie wiesz ! Nawet nie wiesz dlaczego tutaj jestem ! Zajmij się swoim idealnym stanem umysłu ! 
- Nie muszę wiedzieć. Ty mi dziewczyno groziłaś. Normalna nie jesteś. Co ci?
- Do Ciebie też to wszystko wraca ? To co zrobiłeś ?
- Kiedyś wracało.
- A teraz ? - usiadła na łóżku i spojrzała na mnie załzawionymi oczami.
- A teraz najwyraźniej przestało. 
- Dlaczego im to zrobiłeś ? 
- Nie znam odpowiedzi. 
- Musiałeś mieć powód. - podeszła do krat. 
- Miałem. Zasłużyli. 
- Co Ci zrobili ?